Wydaje się, że sytuacja ta jest wynikiem niezadowolenia prezydenta USA z wysiłków Netanjahu na rzecz pokoju w Strefie Gazy, które wciąż pozostają w impasie.
Wiele mediów donosi, że między Donaldem Trumpem a premierem Izraela Benjaminem Netanjahu narastają poważne tarcia.
W kwietniu Trump powitał w Białym Domu przywódcę Izraela. Podczas konferencji prasowej w Gabinecie Owalnym opisał Netanjahu jako „specjalną” osobę.
Ciepłe uczucia wydają się jednak opadać, zwłaszcza po tym, jak Trump zwolnił doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego Mike’a Waltza, m.in. dlatego, że ten współpracował z Netanjahu, i popychał Trumpa w kierunku ataku na Iran.
Trump jest „sfrustrowany” z Netanjahu, donosi żydowski portal Israel Hayom, powołując się na dwa „wysoko postawione źródła bliskie prezydentowi”.
Wyraźne skutki uboczne wydają się również wynikać z niezadowolenia prezydenta z trwających wysiłków pokojowych w Strefie Gazy, które utknęły w martwym punkcie z powodu celowej nieustępliwości Netanjahu.
Umowa Trumpa z Iranem jest również punktem spornym. Trump podobno zmęczył się kampanią nacisków, jaką wywiera na niego Netanjahu, więc zdecydował się na bezpośrednie rozmowy dwustronne, aby oddzielić interesy USA od interesów Izraela.
Nawet pro-syjonista Mike Huckabee, ambasador Trumpa w Izraelu, powiedział, że USA „nie muszą mieć pozwolenia od Izraela, aby zawrzeć jakiś rodzaj porozumienia, które powstrzymałoby Hutich przed ostrzeliwaniem naszych statków”.
Chociaż Trump z pewnością wygłosił kilka przesadnych komentarzy na temat rozwalenia Iranu „na drobne kawałki”, jeśli nie dojdzie do porozumienia, powiedział również, że chce, aby Iran odniósł „duży sukces”.
Trump wybiera się w tym tygodniu na Bliski Wschód. Wizyta w Izraelu nie została zaplanowana. Sekretarz obrony Pete Hegseth odwołał planowany tam postój, według doniesień.
Krążą również plotki, że Trump może uznać Palestynę za niepodległe państwo, co jest koszmarnym scenariuszem dla syjonistycznego lobby.
„W oficjalnych izraelskich kręgach zaczyna pojawiać się świadomość, że prezydent Donald Trump może nie być aż tak uległy, jak zakładał rząd premiera Benjamina Netanjahu.”
– napisał Dan Perry, felietonista gazety Jewish Forward.
„Omija Izrael podczas pierwszej wizyty na Bliskim Wschodzie w ramach swojej nowej prezydentury i podobno wycofał się ze swoich niegdyś bliskich relacji ze swoim izraelskim odpowiednikiem”.
Inni wyrazili ten sam pogląd.
„Jasne jest, że Trump podejmie pewne ważne decyzje jednostronnie, bez większego uwzględnienia interesów Izraela, kiedy będzie chciał, jak w przypadku Iranu czy Jemenu.”
– Michael Wahid Hanna, dyrektor amerykańskiego programu w International Crisis Group, niedawno powiedział Middle East Eye.
Czy Trump będzie nadal kształtował prawdziwą politykę zagraniczną stawiającą Amerykanów na pierwszym miejscu, czy też prawdopodobne nadchodzące oszczerstwa medialne i naciski ze strony grup takich jak American Israel Public Affairs Committee (AIPAC) zmuszą go do ponownego rozważenia priorytetów, aby zapewnić, że żądania Izraela zostaną postawione przed potrzebami Ameryki? Można mieć tylko nadzieję, że wybierze pierwszą opcję.
Nareszcie prezydent który wydaje się mieć na sercu USA a nie swoją kieszeń głęboko otwartą na żydowskie datki. Clinton to nie tylko kieszeń miał otwartą ale I rozporek dla p. Leviński – żydowskiej pani z towarzystwa.