Pracownik naukowy Centrum Machiavellego i filozof Marco Malaguti, pisze o bezprawiu obecnej władzy w Polsce, dziejącym się pod opiekuńczymi skrzydłami elit Unii Europejskiej.
Tłumaczenie całego artykułu poniżej:
Polska pod rządami Tuska: od rzekomej autokracji do „demokracji bojowej”
Jako Włosi powinniśmy się już przyzwyczaić, niestety, do nieprawdziwych informacji dotyczących partii politycznych i frakcji, które nie są ściśle powiązane i są objęte przez uproszczenia Brukseli i pewnych elit globalnej lewicy. Jeśli zatem te partie polityczne i frakcje mają czelność rządzić (lub udawać rządy), często dezinformacja lub przetłaczająca cisza wokół nich staje się zupełniej dominująca nad rzeczywistością.
Polska i Węgry, “zło Europy”
Postawa włoskich mediów w stosunku do Polski jest z tego punktu widzenia wzorowa. Przez długie lata rządów konserwatywnej partii PiS (Prawo i Sprawiedliwość) włoskie media, ale nie tylko, poświęcały Polsce dużo miejsca, głównie po to, by potępić domniemane nadużycia jej rządu wobec najróżniejszych mniejszości lub podkreślić ich bezkompromisową postawę wobec europejskich planów redystrybucji imigrantów ze szlaków bałkańskich i śródziemnomorskich. Wiele słów poświęcono ponadto domniemanym „naruszeniom praworządności” popełnionym przez konserwatywne rządy, które według różnych komisji europejskich, z czasem przekształciły Polskę w oczach opinii publicznej w “autokrację”.
Demokracja czy autokracja? To zależy…
Jednakże, dziwny przypadek autokracji, w Polsce wybory wielopartyjne i demokratyczne oraz pluralistyczne kampanie wyborcze odbywały się regularnie, dokładnie tak jak zawsze miało to miejsce i dzieje się na Węgrzech, innym kraju, którego stabilność polityczna (Viktor Orbán jest stale u władzy z dużą większością od 2010 r.) prawdopodobnie wyzwala zazdrość krajów, którymi przez dziesięciolecia rządziły nieprawdopodobne „duże koalicje, techniczne i/lub mniejszościowe rządy.
Taj jak w każdej współczesnej wolnej demokracji, rząd sprawujący władzę mógł również zostać pokonany w wyborach w Polsce, co miało miejsce w październiku 2023 r., kiedy Mateusz Morawiecki, pokonany w wyborach przez liberalno-postępową koalicję kierowaną przez Donalda Tuska, oddał temu ostatniemu stanowisko prezesa Rady Ministrów. Ten fakt wystarczyłby już, aby zrozumieć, że konserwatywna Polska, którą obserwowaliśmy w latach 2015–2023, nigdy nie była autokracją. Ale ludzie, jak wiadomo, mają krótką pamięć, zwłaszcza gdy są fałszywie informowani.
Cisza o Polsce
Od czasu, gdy Tusk doszedł do władzy, o Polsce prawie się nie mówi. Z wyjątkiem dla wypowiedzi i działań Tuska dotyczących trwającego konfliktu na sąsiedniej Ukrainie, o Warszawie mówi się bardzo niewiele; więc reportaże o rzekomej konserwatywnej dyskryminacji kobiet, homoseksualistów i imigrantów wypełnione zostały jedynie znamienna ciszą. Mimo to polskie życie polityczne z pewnością nie stało się mniej interesujące, wręcz przeciwnie, nigdy nie powinno być tak jak dziś zgłebiane i, o ile to możliwe, opowiadane również tym, którzy nie są Polakami.
Pokonanym biada
Gdyby w dwóch słowach streścić stosunek obecnego rządu Polski do konserwatystów bliskich poprzednim konserwatywnym rządom, wystarczyłoby łacina vae victis: biada pokonanym. Koalicja rządowa Tuska, zwana Koalicją Obywatelską i składająca się z koalicji czterech partii, odpowiednio centrowej, liberalnej, socjaldemokratycznej i zielonej, faktycznie rozpoczęła dzieło wściekłego niszczenia tego, co było demokratyczną użytecznością i zasługą polskich konserwatystów. Zaraz po objęciu urzędu nowy rząd, wzmocniony również bezwarunkowym poparciem ówczesnej administracji amerykańskiej kierowanej przez Bidena-Harris, realnie przystąpił do kontrowersyjnego odrzucenia całego kierownictwa i większości personelu polskiej telewizji publicznej, oskarżanego o zbytnią bliskość z poprzednim rządem.
Demokracja walcząca
To dzieło „de-destryzacji”, które, jak zobaczymy, uderzyło nawet w poszczególnych konserwatywnych zwolenników, jest częścią bardziej ogólnej postdemokratycznej “odnowy”, którą Tusk zdefiniował w majstersztyku dwulicowości jako „demokrację bojową”. Ale co oznacza demokracja bojowa? Aby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać wypowiedzi Tuska, który bez większych zahamowań stwierdzają, że jeśli demokracja jest zagrożona, wolno wyjść poza granice i reguły tej samej demokracji. W tum nowym polskim procesie nie wydaje się być miejsca na uciążliwe mechanizmy rządów prawa (które jednak, według Unii Europejskiej, miały być zagrożone przez konserwatystów), Ponieważ BYŁY one zbyt skompromitowane przez poprzedni aparat rządowy PiS. Z tego punktu widzenie oczywista jest zmiany podejmowania decji, czyli zdolności do działania w sytuacji nadzwyczajnej, aby uratować demokrację, która z prostego stosowania reguł musi stać się demokracją walcząca.
To nowe podejście zostało natychmiast przetestowane, gdy minister sprawiedliwości Adam Bodnar oświadczył na mediach X, że nie uznaje decyzji polskiego Sądu Najwyższego o unieważnieniu decyzji o usunięciu z urzędu prokuratora krajowego Dariusza Barskiego, który został uznany za zbyt bliskiego poprzedniemu rządowi. Nakaz usunięcia prokuratora nigdy nie został wykonany, ponieważ aby wszedł w życie, wymagałby kontrasygnaty Prezydenta RP Andrzeja Dudy, członka PiS; kontrasygnata ta nigdy nie nadeszła. W obliczu tego impasu Bodnar uznał, że nie uważa decyzji Sądu Najwyższego w Warszawie za wiążącą, pozbawiając Barskiego jakiejkolwiek skutecznej władzy i przyznając jego uprawnienia prokuratorowi krajowemu „pełniącemu obowiązki” Jackowi Bilewiczowi.
Atak na rządy prawa
Dla każdego, kto ma choćby podstawowe pojęcie o kulturze politycznej, jest jasne, że nawet to wydarzenie stanowi wyraźne naruszenie rządów prawa, które rozumiane jako rządy prawa, a nie ludzi, są dokładnym przeciwieństwem tego, co Tusk nazywa demokracją walczącą. Dla porównania, pomyślmy, co by się stało, gdyby takie działania miały miejsce , nie w Warszawie Tuska, ale na Węgrzech lub we Włoszech albo w krajach spoza UE, takich jak Serbia.
Era „ryzykownych decyzji”
Alergia rządów na decyzje sądów najwyższych zawsze była jednym z głównych symptomów złego samopoczucia demokracji opartej na rządach prawa, jednak różne syreny, które wyły autokracja podczas poprzednich rządów (PiS) w Polsce, zdają się nie widzieć nic z tego, co dzieje się obecnie w Warszawie. Że nie są to odosobnione przypadki, ale bardzo precyzyjna i przemyślana praktyka, dowodzą tego po raz kolejny słowa premiera Tuska z września ubiegłego roku:
„[…] za to nam płacą: podejmowanie ryzyka i podejmowanie decyzji, które czasami wszyscy z was będą kwestionować. W każdym razie będę nadal podejmował te decyzje z pełną świadomością ryzyka, że nie wszystkie z nich spełnią kryteria pełnej praworządności”.
Alarm prawników
Ta sytuacja kryzysowa, wywołała alarm również w polskim stowarzyszeniu prawników, które od początku sporządza w języku angielskim dossier pod wymownym tytułem „Rządy prawa w ruinie: Polska pod koalicją z 13 grudnia”, problem podjęty został również przez Amerykanów z Hudson Institute. Pomimo tego wszystkiego, w coraz bardziej otwarcie stronniczy sposób, Unia Europejska nie tylko postanowiła nic nie robić, ale zamknęła wszelkie działania przeciwko możliwym naruszeniom praworządności dokonanym przez Polskę, i to pomimo otwartego wypowiedzenia wojny tej samej praworządności przez urzędującego premiera. Potwierdzenie starego włoskiego przysłowia, zgodnie z którym “prawa dla wrogów obowiązują, a dla przyjaciół są interpretowane”.
Atak na polityków
Represje, zawsze w ramach wojującej demokracji kierowanej przez Tuska, nie oszczędzają nawet indywidualnych przedstawicieli konserwatywnej polityki. Przypadków jest niezliczona ilość, zaczynając od tych, które dotyczyły byłego ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego i jego byłego zastępcy Macieja Wąsika, obu należących do PiS i oskarżonych o nadużycie władzy, a aresztowanych przez polski wymiar sprawiedliwości w ramach sensacyjnego nalotu na pałac prezydencki na początku stycznia 2024 r., pomimo prezydenckiej łaski wydanej przez Andrzeja Dudę.
Sprawa Romanowskiego
Jeszcze poważniejsza jest sprawa Marcina Romanowskiego, byłego wiceministra sprawiedliwości w dwóch ostatnich rządach Morawieckiego, oskarżonego w sposób, wyraźnie w demonstracyjny aczkolwiek nieudokumentowany, o przywłaszczanie środków publicznych w celu ich przekierowania na rzecz swojej partii.
Romanowski, bezprawnie pozbawiony immunitetu parlamentarnego i poszukiwany europejskim nakazem aresztowania, znalazł schronienie i azyl polityczny na Węgrzech, gdzie władze Węgier uznały, że nie muszą dostosować się do realizacji nakazu aresztowania, ponieważ, według szefa sztabu premiera Węgier, Gergely’ego Gulyása, sądownictwo Polski będzie prześladować przeciwników politycznych obecnego rządu; oświadczenia te wywołały gniew Warszawy i odwołanie “na konsultacje” ambasadora Polski w Budapeszcie.
Do więzienia za „lika”
Podobne zastraszające metody były również stosowane za znacznie lżejsze zarzuty; zauważył poseł do Parlamentu Europejskiego i wiceprezes PiS Patryk Jaki, któremu grozi kara trzech lat więzienia za to, co obecnie nazywa się „przestępstwem nienawiści”. Jego wina, niewybaczalna dla nowej polskiej demokracji bojowej, odnosi się do postu X, który ukazał w formie wideo przemoc popełnianą przez imigrantów w niektórych krajach europejskich.
To nienormalne zastraszanie sądowe, potępione jako „szalone” przez szefa departamentu efektywności rządu USA i właściciela X Elona Muska i które doskonale oddaje sprawiedliwość słowom wypowiedzianym w Monako przez wiceprezydenta USA Jamesa Davida Vance’a, który bardzo wyraźnie mówił o wolności słowa w odwrocie od tej zasady na wschodnim brzegu Atlantyku.
Zamach stanu?
Sytuacja ta budzi obawy także w samej Polsce, a nie tylko prawnicy, ale i samo sądownictwo, a przynajmniej jego część, zaczyna wyraźnie widzieć zachowanie, delikatnie mówiąc, wykraczające poza granice (i zasady) systemu rządów liberalnych. W rzeczywistości, po raporcie prezesa polskiego Trybunału Konstytucyjnego Bogdana Święczkowskiego, warszawscy magistraci wszczęli śledztwo przeciwko rządowi, obawiając się niczego innego, tyko zamachu stanu. Wszyscy najważniejsi członkowie rządu zostaliby objęci śledztwem, zaczynając od Donalda Tuska, przez przewodniczących Sejmu i Senatu oraz wszystkich urzędujących ministrów. Śledztwo, którego zarzuty są bardzo poważne, według oświadczenia:
“…osoby te działają w ramach zorganizowanej grupy przestępczej i w krótkich okresach czasu […] w celu zmiany porządku konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej oraz podjęcia działań mających na celu wykonanie lub zaprzestanie działalności Trybunału Konstytucyjnego i innych organów konstytucyjnych, w tym Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego.”
Poważne zarzuty, które, jak już wspomniano, gdyby miały miejsce w innym państwie, być może mniej zaangażowanym politycznie w Brukseli, wywołałyby inne reakcje i miałyby inne konsekwencje, zwłaszcza gdyby nie dotyczyły byłego przewodniczącego Unii, którym w tym przypadku jest Donald Tusk.
Włochy wezwane do czujności
Coraz bardziej widoczna hipokryzja europejskich instytucji (i powiązanych z nimi instytucji państwowych) potwierdza, po raz kolejny, słowa wiceprezydenta Vance’a: istnieje problem wolności słowa w Europie, a prawdopodobnie istnieje również, dodamy, problem praworządności, który sprawia, że ta ostatnia ugina się jak pusty plik kart bez duszy, gdzie państwo jest kolonizowane przez gramscizm podejmowania decyzji typowy dla niektórych kultur politycznych, które nie są konserwatywne.
Jest również oczywiste, że problemy te istnieją nie tam, gdzie są stale potępiane i wskazywane (Węgry, konserwatywna Polska itp.), ale właśnie tam, gdzie tolerancja i rzekomy liberalizm są ogłaszane jako podstawowe i niepodlegające negocjacjom wartości; ironią w tym względzie jest to, że jeden z bohaterów tej historii, obecny polski minister sprawiedliwości Adam Bodnar, został wyróżniony nagrodą LGBT Tolerantia Awards, co stanowi kolejne potwierdzenie dominującego obecnie jadowitego węża na prawie całym starym kontynencie. Włochy, kraj tradycyjnie przyjazny Polsce, muszą spoglądać na Warszawę z niepokojem, i to nie tylko z powodu autentycznej i słusznej obawy o wolność narodu polskiego i jego politycznych przywódców (konserwatywnych i innych), ale także z powodu ewentualnego negatywnego przykładu, jaki obecny rząd tego kraju mógłby dać “ukrytemu gpaństwu”, w którym pewna część wymiaru sprawiedliwości zawsze wyznawała idee bardzo zbliżone do tych, które dziś mówią o demokracji walczącej.