Niemieccy piloci w Chinach prowadzą szkolenia na myśliwcach dla Chińskiej Armii Wyzwoleńczej

Garstka byłych niemieckich pilotów jest teraz w Chinach, aby prowadzić szkolenia wojskowe – i zarabia ogromne pensje za swoje usługi. Ich działalność wywołała drażliwe pytania dla niemieckich funkcjonariuszy bezpieczeństwa.

Qiqihar to odległe miasto w północno-wschodnich Chinach, w prowincji Heilongjiang, która graniczy z Syberią. Ląduje tu jeden lot dziennie z Pekinu, a stewardessy upewniają się, że wszystkie rolety w oknach są zamknięte. Nikt nie powinien dostrzegać chińskich myśliwców Jian-11 zaparkowanych na płycie lotniska i w hangarach.

W Qiqihar znajduje się baza lotnicza należąca do Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. I to tutaj podobno mieszkał i pracował były oficer Bundeswehry Alexander H.. Wiadomo, że był tam, aby szkolić chińskich pilotów.

Według doniesień DER SPIEGEL i publicznego nadawcy ZDF wydaje się, że garstka byłych niemieckich pilotów myśliwców pracuje jako szkoleniowcy w Chinach. I najwyraźniej zarabiają pensje, które normalnie byłyby zarezerwowane dla zawodowych sportowców lub najwyższego kierownictwa międzynarodowych korporacji.

Niemieckie służby bezpieczeństwa uważają, że jest bardzo możliwe, że piloci przekazali wiedzę wojskową i poufną taktykę operacyjną, a nawet przećwiczyli scenariusze ataków, takie jak ofensywa przeciwko Tajwanowi. A wszystko to w czasie, gdy narastają napięcia między Chinami a Zachodem. Od miesięcy komunikacja między Waszyngtonem a Pekinem była niewielka i istnieje ciągłe niebezpieczeństwo eskalacji – tak jak w zeszły piątek, kiedy dwa samoloty bojowe przeleciały niebezpiecznie blisko siebie nad Morzem Południowochińskim.

Na kilku ostatnich posiedzeniach Parlamentarny Zespół Nadzoru w Bundestagu, niemieckim parlamencie, zajmował się „aktywnością zawodową urzędników państwowych po zakończeniu ich zatrudnienia”. Członkowie komisji, której zadaniem jest monitorowanie niemieckich agencji wywiadowczych, obawiają się, że wiedza ekspercka może dostać się w niepowołane ręce. Jednym z ich celów byli byli piloci Bundeswehry w Chinach. Przewodniczący Panelu Nadzorczego, polityk Partii Zielonych Konstantin von Notz, mówi, że gdyby podejrzenia się potwierdziły, byłaby to „oburzająca, skandaliczna i problematyczna sytuacja” stanowiąca „ogromne zagrożenie dla bezpieczeństwa”.

Sprawa z pewnością pasuje do standardowego podejścia Pekinu, które eksperci ds. bezpieczeństwa nazywają „strategią siwej brody” (doświadczenia). Od lat chińskie agencje starają się objąć byłych decydentów, którzy posiadają uprzywilejowaną wiedzę, a której część jest jeszcze aktualna. Oferują intratne kontrakty konsultingowe, wyróżnienia i zaproszenia na konferencje. Zdaniem ekspertów ich celem jest gromadzenie know-how, w tym informacji o wartości militarnej.

Poproszone o komentarz, niemieckie Ministerstwo Obrony potwierdziło, że „Chiny próbują za pośrednictwem agencji zewnętrznych rekrutować byłych pilotów NATO jako trenerów”, w tym „byłych niemieckich pilotów Bundeswehry”. Istnieje, kontynuuje oświadczenie ministerstwa, „istotne niebezpieczeństwo, że nie tylko zostanie przekazana podstawowa biegłość w lotach, ale że zostaną przekazane odpowiednie taktyki, techniki i procedury”.

Piloci myśliwców Bundeswehry zwykle przechodzą na emeryturę w wieku 41 lat, w wieku, w którym refleks ma tendencję do słabnięcia i pogarsza się wzrok. Ci, którzy rozpoczynają latanie dla niemieckich sił powietrznych w wieku 20 lat, po ukończeniu 41 lat otrzymują połowę ostatniego miesięcznego wynagrodzenia jako emeryturę. Większość byłych pilotów uważa to za niewystarczające i szuka dodatkowej pracy.

Szkolenie pilotów w Chinach rozpoczęło się nieco ponad 10 lat temu, kiedy były pilot Bundeswehry zadeklarował pracę w Test Flying Academy of South Africa, która szkoli chińskich pilotów. Źródła w Berlinie twierdzą, że pilot nie naruszył żadnych formalnych ograniczeń w tym ruchu i zwracają uwagę, że Chiny nie były wówczas postrzegane jako autorytarny rywal. W tym czasie Niemcy prowadziły również oficjalne szkolenie chińskich oficerów.

Naiwność tego podejścia stała się wyraźniejsza niż kiedykolwiek zeszłej jesieni, kiedy Australia aresztowała amerykańskiego pilota Daniela Duggana. Oskarża się go o szkolenie chińskich pilotów, podobnie jak jego niemieckich odpowiedników – zarzuty, którym Duggan zaprzecza. Obecnie przebywa za kratkami i może zostać poddany ekstradycji do Stanów Zjednoczonych.

Zeszłej jesieni brytyjskie agencje biły na alarm. Według komunikatu brytyjskiego Ministerstwa Obrony, w ciągu ostatnich kilku lat około 30 byłych oficerów Królewskich Sił Powietrznych szkoliło chińskich pilotów myśliwców. Za swoje usługi otrzymywali książęcą pensję w wysokości 280 000 euro każdy. Ponieważ piloci nie naruszyli żadnych obowiązujących przepisów, Londyn ogłosił, że przeprowadzi reformę prawa.

Amerykańscy śledczy uważają, że uwięziony pilot Duggan został zwerbowany przez chińską firmę Lode Tech, którą założył biznesmen Su Bin, syn oficera Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Su mieszkał przez wiele lat w Kanadzie, gdzie prowadził firmę lotniczą zatrudniającą 80 pracowników. Jak się później okazało, szpiegował także dla państwa chińskiego.

Su zainteresował się szczególnie planami konstrukcyjnymi C-17, samolotu transportowego opracowanego przez Boeinga dla armii amerykańskiej. Latem 2014 roku Su został aresztowany, a następnie przyznał się, że spędził sześć lat potajemnie zbierając informacje dla Chin. Mógł polegać na rozległej sieci kontaktów w branży lotniczej, co umożliwiło mu znalezienie szczególnie interesujących inżynierów i innych specjalistów dla swoich pilotów w Chinach. Dzięki wiadomościom phishingowym zatrudnieni przez państwo hakerzy mogli następnie przedostać się do firmowych sieci komputerowych. W sumie udało im się wykraść 630 000 danych związanych z C-17.

Latem 2016 roku amerykański sąd skazał Su Bin na 46 miesięcy za kratkami, ale nieco ponad rok później został deportowany do Chin. Powodem jego przedwczesnego zwolnienia była karta przetargowa podjęta przez Chińczyków: zaledwie kilka tygodni po aresztowaniu Su chińscy urzędnicy zatrzymali kanadyjską parę pod zarzutem szpiegostwa.

Sprawa była opisywana w amerykańskich mediach, przez New York Times, Wall Street Journal i Washington Post. A Stany Zjednoczone umieściły firmę Su Bin, Lode Tech, na swojej liście sankcyjnej 1 sierpnia 2014 r. Był to jak dotąd najbardziej wyraźny sygnał, że należy unikać tej konkretnej firmy. Ale właśnie w tym czasie trio byłych niemieckich pilotów myśliwskich zaczęło robić interesy z Su i jego firmą.

Dowody można znaleźć w Panama Papers, zbiorze danych zagranicznych firmy prawniczej Mossack Fonseca, które pierwotnie wyciekły do Süddeutsche Zeitung i które DER SPIEGEL uzyskał teraz. Alexander „Limey” H., były pilot niemieckich sił powietrznych z okolic Rostocku, również pojawia się w Panama Papers. Z dokumentów wynika, że w sierpniu 2013 roku był początkowo jedynym udziałowcem spółki fasadowej Phamivity Consult Ltd. z siedzibą na Seszelach. W dniu 8 marca 2016 r. pracownik firmy Su Bin w Pekinie potwierdził na piśmie, że Alexander H. był zatrudniony przez firmę jako „wykonawca konsultant ds. lotnictwa”. Do dokumentu dołączono kopię paszportu byłego niemieckiego pilota, wydanego przez mało znaczącą gminę nad Bałtykiem.

Wśród przyjaciół i znajomych Alexander H. nie robił wielkiej tajemnicy, dla kogo pracuje. Ci, którzy znają go od dawna, mówią, że nie mieli dobrego przeczucia co do decyzji „Limeya” o podjęciu pracy w Chinach.

Zwykle emerytowani piloci myśliwscy podejmują pracę w firmach w Niemczech, które mają powiązania z niemieckim wojskiem, mówi były towarzysz, który prosi o zachowanie anonimowości. W związku z tym, mówi, decyzja Aleksandra H. o zostaniu konsultantem obcego mocarstwa była „wyjątkowa”. Nie wierzy jednak, że Alexander H. ujawnił Chińczykom tajne informacje, mówiąc, że jest patriotą, profesjonalistą i nieprzekupnością, człowiekiem z talentem do organizacji. Mówi, że jest pewien, że Aleksander H. przed objęciem nowego stanowiska poinformował o swoich planach odpowiednich urzędników niemieckich.

Mimo to, jak mówi, praca „Limeya” dla Chińczyków była oczywiście tematem rozmów podczas jego wizyt w domu w Niemczech. Aleksander H., mówi były towarzysz, zapewniał go, że przekazuje tylko wiedzę, którą można znaleźć także w internecie. „Start, lądowanie, lot w szyku, podstawowe rzeczy” – mówi były towarzysz broni.

Jak więc Alexander H. tłumaczy swoją pensję w wysokości kilkuset tysięcy euro rocznie? Jego były towarzysz mówi, że być może przydałoby się trochę wiedzy taktycznej. Mówi, że Chińczycy mogą być zainteresowani zaszczepieniem swoim pilotom nowej mentalności i być może mają nadzieję, że Alexander H. będzie mógł ich tego nauczyć. Mówi, że w NATO szeroko rozpowszechnione jest pojęcie „dowództwa misji”, zgodnie z którym pilot ma pewną swobodę i indywidualną odpowiedzialność, jeśli chodzi o wykonanie powierzonego mu zadania. Z kolei w Chinach koncepcja „kontroli dowodzenia” – władza odgórna – od dawna panuje. Były towarzysz mówi, że „Limey” zasugerował w ich rozmowach, że szkolenie pilotów w celu uwolnienia się od mentalności kontroli dowodzenia było wyzwaniem dla Chin.

Były towarzysz mówi, że był zupełnie nieświadomy tego, że Alexander H. pracował w Chinach w firmie należącej do skazanego chińskiego szpiega. Mimo to, mówi, jest pewien, że „Limey” nie zrobił nic złego, dodając, że lepiej byłoby porozmawiać z nim bezpośrednio. Ale Alexander H. odmówił odpowiedzi na prośbę o wywiad i pisemne zapytanie przesłane przez DER SPIEGEL i ZDF.

Su Bin, człowiek, który prawdopodobnie pociąga za sznurki w tle, również okazał się trudny do osiągnięcia. Nie odpowiedział na żadne prośby o wywiad. Jednak jego firma Lode Tech nadal istnieje. Oficjalna siedziba firmy znajduje się na siódmym piętrze centrum handlowego we wschodnim Pekinie. Nikt tam jednak nie twierdzi, że kiedykolwiek słyszał o nim lub o jego firmie.

W Berlinie Ministerstwo Obrony Niemiec od dłuższego czasu próbuje dowiedzieć się, czego dokładnie byli piloci Sił Powietrznych uczą swoich studentów i czy tematyka obejmuje również poufne informacje wojskowe. “Służba Kontrwywiadu Wojskowego (MAD) w ramach prowadzonego śledztwa ściśle współpracuje z Federalnym Urzędem Ochrony Konstytucji, Bundesnachrichtendienst oraz partnerami do współpracy międzynarodowej” – napisano w oświadczeniu resortu. i zagranicznych agencji wywiadowczych.

MAD rozpoczął już kampanię informacyjną mającą na celu uniemożliwienie innym pilotom podejmowania pracy w Chinach. W ramach tej kampanii podchodzi się do pilotów przechodzących na emeryturę i przypomina im, że zdrada tajemnicy państwowej jest przestępstwem, które niesie za sobą poważne konsekwencje. Urzędnicy twierdzą również, że „aktywnie” starają się „zapobiec dalszej rekrutacji pilotów”.

Podobnie jak Alexander H., Peter S. był także pilotem w Skrzydle Sił Powietrznych w Laage. On też przeniósł się do Chin – i został także „wykonawcą konsultantów ds. Lotnictwa” dla firmy Lode Tech Su Bin.

Rezydencja Petera S. jest nadal oficjalnie wymieniona jako budynek z cegły, który jego były partner wynajmuje jako dom wakacyjny. Jego nazwisko wciąż widnieje na skrzynce pocztowej. Sąsiedzi twierdzą, że ostatni raz widzieli go kilka miesięcy temu. „Od dawna mieszka w Chinach” – mówi jeden z nich.

Ktoś z sąsiedztwa wciąż ma niemiecki numer komórkowy Petera S. Dzwoni. Odbiera telefon, pytając szorstko, czy dzwoniący wie, że w Chinach jest środek nocy. Początkowo odmawia rozmowy na temat swojego zatrudnienia w kraju. Ale niedługo później kontaktuje się konsultant ds. PR z Test Flying Academy of South Africa (TFASA), dla którego Peter S. nadal pracuje.

W oświadczeniu firma podaje, że w latach 2009-2018 Lode Tech była zlecana „podjęciu prac administracyjnych związanych z wizami i podatkami”. W oświadczeniu zauważono również, że Peter S. poinformował rząd niemiecki o swojej pracy w Chinach i przestrzega wszystkich odpowiednich przepisów. Nie ma „żadnego stosunku pracy” z Su Bin. „O ile wiadomo TFASA, pan Su Bin opuścił Lode na początku 2014 roku”. Ale według chińskiego rejestru handlowego Su Bin nadal posiada 37 procent udziałów w Lode Tech, firmie, którą Stany Zjednoczone umieściły na czarnej liście w sierpniu 2014 r. Odnotowano również jego obecną funkcję: Su Bin jest wymieniony jako „menedżer”.

Trzeci niemiecki lotnik jest również najwyraźniej częścią stajni pilotów Su Bin. Dom rodziców Dirka J. znajduje się na końcu ślepej uliczki, otoczony brązowym płotem. Trzy stopnie – oczywiście z czerwonej cegły – prowadzą do drzwi. Standardowa niemiecka porządek. Na dzwonku do drzwi widnieje nazwisko, które również mają dziesiątki tysięcy ludzi w Niemczech.

Rodzice Dirka J., jego brat i szwagierka nadal tu mieszkają. Samego Dirka J. jednak nie było w domu od dłuższego czasu, jeśli to, co rodzina powiedziała reporterom DER SPIEGEL i ZDF, jest prawdą. Mówią, że w rodzinie doszło do kłótni i nie utrzymują już kontaktu z Dirkiem J. Jego była żona, Amerykanka, nigdy nie czuła się w Niemczech szczególnie dobrze. W każdym razie jako pilot Bundeswehry większość czasu spędzał za granicą, w USA i Kanadzie.

Jego brat mówi, że Dirk J. wstąpił do wojska zaraz po ukończeniu szkoły, zostając pilotem marynarki wojennej, a następnie pilotem samolotu bojowego Tornado. Kiedy skończył 40 lat i stanął przed perspektywą zamiany miejsca w kokpicie na krzesło biurowe, zdecydował się odejść z wojska.

Potem przez kilka lat pracował jako trener w szkole lotniczej na Florydzie i jako konsultant, jak pisze na swoim profilu na LinkedIn. Na początku kwietnia 2013 r. udał się do Chin jako „starszy konsultant ds. lotnictwa”. W internecie opisał swoje nowe obowiązki jako: kierownik ds. bezpieczeństwa lotów, pilot-instruktor, konsultant ds. awioniki, usprawnień systemów i infrastruktury. Czy Dirk J. doradza też Chińczykom, jak skuteczniej walczyć przeciwko Zachodowi?

Jego brat mówi, że Dirk J. zawsze był dość skryty i nigdy nie chciał rozmawiać o swojej pracy w PRL. Wygląda na to, że nie chciał, aby ktokolwiek w domu wiedział, co niemieccy piloci robią w Chinach.

Der Spiegel

Loading

NewsEdit

Author: NewsEdit