Problem niemiecki powraca ze zdwojoną siłą. Tym razem problemem nie jest monstrualna machina wojenna Hitlera, ale szczurołap zerowego bilansu netto, który prowadzi Europę wąską dróżką ku przepaści.
Podczas gdy kontynent najwyraźniej przeżywa załamanie nerwowe z powodu Trumpa, Putina i Ukrainy, eurokraci zgromadzeni w Paryżu patrzą na Berlin po wskazówki. Ale dokąd prowadzi niemiecka elita, czy mądrze jest za nią podążać?
W przyszłą niedzielę 60 milionów niemieckich wyborców jest gotowych wyrzucić Olofa Scholza, nieszczęsnego, niezdecydowanego socjaldemokratę, i zastąpić go Friedrichem Merzem, fiskalnie konserwatywnym chadekiem z większą ilością włosów i, miejmy nadzieję, lepszym zrozumieniem Realpolitik.
Berlin będzie więc pod nowym zarządem. Jaką różnicę to w praktyce zrobi? Obawiam się, że odpowiedź brzmi: zdecydowanie za mało.
Przez ćwierć wieku kolejne rządy niemieckie zastawiały “koszulę z własnego grzbietu” za tani rosyjski gaz, jednocześnie redukując swoje siły zbrojne do tego stopnia, że żołnierze musieli używać mioteł zamiast karabinów.
Gerhard Schröder, kanclerz, który dał Putinowi żelazną kontrolę nad niemieckim przemysłem, później został jego poplecznikiem, zatrudnionym przez Gazprom do promowania projektu gazociągu NordStream. Jego następczyni, Angela Merkel, była mniej przekupna, ale uległa tej samej wielkiej iluzji co do Rosji.
Wiara niemieckich elit korporacyjnych i politycznych w Putina była tak wielka, że nawet po jego inwazji na Gruzję, aneksji Krymu i irredentyzmie na Ukrainie, przymykali oczy na dowody, że imperium rosyjskie kontratakowało i miało na celu odwrócenie swojej porażki w zimnej wojnie w zwycięstwo.
Zamiast uwolnić się od zależności od Moskwy, niemieccy przywódcy beztrosko kontynuowali zamykanie swojego przemysłu jądrowego, zobowiązując swoją populację do zbyt ambitnej daty osiągnięcia zerowej emisji netto.
Głównym powodem, dla którego Europa nie przeciwstawiła się agresji Putina w ciągu ostatnich 15 lat, był patologiczny strach Niemców przed drażnieniem rosyjskiego niedźwiedzia.
Potem nastąpiła pełnoskalowa inwazja na Ukrainę, która położyła kres odbudowie po pandemii. Po okresie paniki niemieckie przedsiębiorstwa i instytucje polityczne przezwyciężyły uzależnienie od taniej rosyjskiej energii. Teraz jednak, mając w perspektywie trzeci rok recesji, wyborcy są w stanie buntu.
Lewicowy rząd „sygnalizacji świetlnej”, który zastąpił centrową wielką koalicję Merkel, aż do rozpadu w zeszłym roku, miał żałosny rekord opieszałości w kwestiach Ukrainy, imigracji, podatków i w rzeczywistści wszystkiego innego.
Kanclerz Scholz musi ponieść znaczną część winy. Po zastąpieniu niekompetentnego ministra obrony bardziej energicznym Borisem Pistoriusem, odmówił podjęcia działań zgodnie z radą nowego ministra, aby dać Ukrainie potrzebny sprzęt i postawić niemiecki przemysł na wojennej stopie.
Jeśli Merz jest mądry, nie pozbędzie się Pistoriusa, ale utrzyma ministra obrony na stanowisku, którego zadaniem będzie przekształcenie Niemiec w nowy arsenał demokracji. Ale jeśli Merz nada priorytet obietnicom z manifestu dotyczącym obniżek podatków nad dozbrojeniem, problem niemiecki będzie trwał w nowej szacie.
Kluczowi członkowie administracji Trumpa, tacy jak JD Vance i Elon Musk, chcieliby, aby Alternatywa dla Niemiec (AfD) została zainstalowana u władzy obok lub zamiast Merza. Jednak ci niemieccy „nacjonaliści” są w rzeczywistości pudlami Putina, którzy – jak jednoznacznie deklaruje ich manifest – chcą powrócić do zależności od rosyjskiego gazu i bezwarunkowo znieść sankcje, rzucając jednocześnie Ukrainę wilkom na pożarcie.
Jedną polityką, która staje się coraz bardziej nieistotna, ale której żaden rząd w Berlinie nie ośmieli się wyrzucić, jest zielona agenda. Historyk Gordon Craig powiedział, że w 1914 r. niemiecki Sztab Generalny trzymałby się Planu Schlieffena i najechał Belgię „nawet gdyby wojna zaczęła się na Księżycu”. Niemcy nadal będą dążyć do osiągnięcia zerowej emisji netto, nawet gdy armie Putina będą maszerować przez Bramę Brandenburską.