W wiadomościach, które nie zszokują nikogo, z wyjątkiem samego “Ministra Pogody”, plan lewicowej Partii Pracy, aby do 2030 r. dziewięciu na dziesięciu nowych kierowców przesiadło się na pojazd elektryczny, zderzył się z górą apatii. Najnowsze szacunki australijskiego departamentu odpowiedzialnego za przewidywanie tych kwestii wskazują, że do tego czasu pojazdy elektryczne będą stanowić jedynie 27% sprzedaży nowych samochodów, a nie 89%.
Futurystyczne planowanie zakłada, że pojazdy elektryczne będą zwolnione ze zwykłych ceł i podatków, ale okazuje się, że większość Australijczyków wolałaby zapłacić dodatkowe podatki a i tak kupić sobie niszczącą planetę maszynę benzynową.
Oczywiście w matematyce klimatycznej 27% to praktycznie to samo co 89%, ponieważ pojazdy elektryczne mogą w ogóle nie zmniejszać emisji, ale ponieważ narzucanie nam ich narzucania nie ma nic wspólnego z emisją gazów cieplarnianych, teatralną przepaścią w ich wielkich planach jest katastrofalná stratá propagandową.
Dodatkowy dylemat: kto zapłaci za akumulatory zapasowe, aby ustabilizować wietrzną, chwiejną sieć krajową, jeśli nie zrobią tego właściciele samochodów?
Oczekuje się, że do 2030 r., po latach propagandy i przymusu, samochody elektryczne będą stanowić jedynie 5% krajowej floty małych pojazdów.
Przy jednej z najniższych najniższej gęstości zaludnienia na świecie, najdłuższych, najgorętszych drogach i wkrótce najbardziej zawodnej i drogiej energii elektrycznej, jest powód, dla którego Australijczycy nie decydują się na kupno drogich, łatwopalnych maszyn krótkiego zasięgu.
W dzisiejszym Daily Mail dowiadujemy się, że Belinda Cleary odbyła podróż samochodem elektrycznym o wartości 90 000 dolarów z Sydney do Melbourne, a doładowania akumulatora kosztowały ją o 30% więcej a czas jazdy trwał o 25% dłużej niż niż ta sama droga pokonana w jej samochódzie benzynowym. Podróż w obie strony kosztowała Belindę 210 dolarów za doładowania zamiast 140 dolarów za benzynę. Jaskrawy przykład na to jak można zapłacić więcej za pojazd aby móc potem, aby płacić więcej za “paliwo i jechać dlużej. No i czego tu nie lubić?
Po zniszczeniu taniej australijskiej sieci energetycznej poprzez przekształcenie jej w gigantyczny talizman chroniący przed cyklonem i powodzią ironią jest to, że samochody elektryczne nie są w stanie mieć zapewnionych tanich doładowań na drodze. Nieszczęsna Belinda w drodze powrotnej liczącej 1800 km musiała zatrzymywać się sześć razy, aby doładowywać akumulator, i spędziła trzy i pół godziny podziwiając zajazdy przy Hume Highway (w trakcie doładowywania). W drodze do domu ktoś podszedł do jej samochodu i przypadkowo spowodował zatrzymanie ładowarki, powodując nieoczekiwane opóźnienie. Och, zawiłości ekologii elektrycznej?
Ale z drugiej strony, samochód jej nie “ugrzązł”, i wszystkie stacje ładowania o mocy 350 kW działały. Gdyby któraś z ładowarek nie pracowałą, Belinda nie dotarłaby do następnej szybkiej ładowarki, więc miałaby mieć wymuszony przystanek na wakacje tam gdzie diabeł mów dobranoc. Standartowe ładowarki o mocy 50 kW są tak powolne, że kierowcy potrzebują noclegu na czas ładowania.
Ta główna autostrada jest oczywiście najbardziej ruchliwą i najlepiej obsługiwaną trasą międzystanową w Australii. Wszędzie indziej będzie ładowarki na stacjach występują nieregularnie.
![]()